Kasztany
Splotły kasztanowce gałęzie jak dłonie
Nie dam, nie puszczę, dopomóż mi wietrze
Dzieci rodzone z kwiatów piękną wiosną
Tulone w poduszkach okutych kolcami
Teraz chcą uciec, pragną swej wolności
Szepczą kasztanowce ustami liści rdzawych
Lecz jeden za drugim, wyrywają się z ramion
Potęgi drzewa, dostojności, rodzicielstwa
Spadają stukotem, lub pluskiem, lub ciszą
Deptane, kopane skorupki pękają
Bordową rudością, czy też rudym bordo
Kasztan wygląda z wnętrza pancerza
Okiem ciekawym wita świat jesienny
Samotną swoją rozpoczyna podróż
W dorosłość

